Pora wyruszyć w drogę

Środek wakacji i okresu urlopowego ze słoneczną, ciepłą pogodą zmusza niemalże do mniejszych czy większych podróży. Niektóre są długo planowane, jako swego rodzaju „podróże życia”, inne są wynikiem spontanicznych decyzji, podjętych pod wpływem jakiegoś impulsu (np. fascynacji widokami napotkanymi przypadkowo w Internecie), opowieści wędrowców i podróżników lub w wyniku namowy przyjaciół i znajomych. Wyruszając w drogę człowiek oczekuje mocnych wrażeń, pięknych widoków, pełni urlopowych przyjemności, może też „świętego lenistwa” gdzieś na łonie natury, itp. Z takich podróży wraca się z całą serią zdjęć, które się wcześniej wysłało znajomym, by podzielić się niezwykłymi przeżyciami. Wakacyjne podróże, chociaż wraca się z nich z żalem, że tak krótko…, i że to już…., potrafią dać nowy impuls, odświeżyć i w pewien sposób odmłodzić samoświadomość. Jak wszystkie tego rodzaju przeżycia, są one jednak ulotne, a ich wspomnienie powoli rozmywa się we mgle upływającego czasu pod wpływem nowych wyzwań, obowiązków, wydarzeń…

Jest jednak w tym przyjemnie odczuwanym impulsie skłaniającym do wyruszenia w drogę coś głębszego. Impuls ten nie tylko odzwierciedla ludzką ciekawość, pragnienie zmiany, tęsknotę za wypoczynkiem, ale jednocześnie wskazuje na pewną ważną duchową zasadę. Znajdujemy ją na samym początku Ewangelii Janowej. Kiedy uczniowie Jana zapytali Jezusa: „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?”, to było w tym pytaniu coś głębszego, niż tylko pragnienie poznania adresu. Uczniowie chcieli po prostu wiedzieć, kim jest ten Jezus i czy warto przyłączyć się do Niego. Ciekawe, że Jezus ani nie odpowiedział im jakimś szerokim wyjaśnieniem, ani też nie podał żadnych definicji, ale po prostu zaprosił ich do drogi: „Chodźcie, a zobaczycie” (J 1, 38-39). Można odnieść wrażenie, że Jezus chce im powiedzieć: bez decyzji wyruszenia w drogę nie uzyskacie odpowiedzi na wasze najgłębsze pytania. Odpowiedź, a więc zrozumienie tego, co najistotniejsze, przychodzi w drodze i znajdują ją ci, którzy zdecydowali się wyruszyć. Taki jest też sens tych wielu ewangelicznych scen, w których Jezus zwraca się do poszczególnych ludzi z zaproszeniem: „Pójdź za Mną”.

Pójście za Jezusem jest tym właśnie duchowym wyruszeniem w drogę, którego pewnym powierzchownym odbiciem są wakacyjne wyjazdy. Bo w gruncie rzeczy najgłębsze tęsknoty człowieka dotyczą tego, co trwałe, a nie tego, co ulotne. Chodzi o pragnienie zaspokojenia najgłębszej tęsknoty za sensem życia; chodzi o odpowiedź na pytanie, kim ja właściwie jestem i czy istnieje Ktoś, w kim moja egzystencja jest zakotwiczona. Nie jest przypadkiem, że właśnie w tym okresie wakacyjnego wyruszania w drogę odbywają się różnego rodzaju pielgrzymki. Trudno się dziwić tej niesłabnącej popularności, jaką się one cieszą. Szczególnie te, które są wymagające, związane ze zmęczeniem i trudem, z ciężarem własnego plecaka lub niepomyślną pogodą. Na pierwszy rzut oka są one czymś dokładnie odwrotnym od typowego wakacyjnego wyruszenia w drogę, wraz ze wszystkimi ułatwieniami i przyjemnościami, jakie oferuje dzisiejszym „letnikom” branża turystyczna. A jednak to właśnie w pielgrzymiej drodze potrafią dokonać się kluczowe zmiany, za którymi człowiek podskórnie tak bardzo tęskni, decydując się na wakacyjne wyruszenie z domu. Na powierzchni pielgrzymkowego doświadczenia człowiek ociera się boleśnie o swoje cielesne i psychiczne ograniczenia lub też zmaga się z niezałatwionymi sprawami z przeszłości, które potrafią niespodziewanie i ze zdwojoną siłą powrócić do świadomości. Kumulujące się w miarę upływu dni zmęczenie, konfrontacja z własnymi ograniczeniami i dziwacznymi, czasem wręcz egocentrycznymi zachowaniami, o które by człowiek siebie nawet nie podejrzewał, ale także rozczarowujące zetknięcie się z takimi samymi zachowaniami innych, stają się dodatkową trudnością już i tak niełatwej pielgrzymkowej drogi. Jednak w głębi duszy pojawia się jakiś duchowy ruch, rośnie nowa, pozytywna dynamika. Powoli dokonuje się proces uzdrawiania, pojawia się umiejętność pojednania z własną przeszłością, ale także z konkretnym  kształtem własnej egzystencji: kondycją, wiekiem, historią życia. Wraz z tą zdolnością pojawia się też nowa jakość relacji z Bogiem. Człowiek robi kolejny krok w kierunku tej największej Tajemnicy i dzięki temu w pewnym stopniu zaspokaja najgłębszy głód, ukrywający się na dnie wszystkich innych ludzkich głodów.

Każda pielgrzymka pozostawia oczywiście również wiele powierzchownych wrażeń, impulsów, wspomnień – jak każda inna podróż, w którą człowiek wyruszył. Jednak ten wewnętrzny proces, który pielgrzymkowe wyruszenie w drogę zainicjowało, pozostaje. Staje się częścią osobowości, poprawia jej stabilność, przydaje jej odporności w obliczu codziennych wyzwań, pozwala inaczej znosić małe i wielkie utrapienia życia. W tym procesie zdrowienia obecny jest Bóg, który właśnie na pielgrzymim szlaku realizuje swoją obietnicę: „Chodźcie, a zobaczycie”.

Ks. Marian Machinek MSF