Tam, gdzie śpiewa się jeszcze niedzielne nieszpory z psalmami w dawnych tłumaczeniach Franciszka Karpińskiego z XVIII w., wybrzmiewa także ten fragment z psalmu 111, 9b-10: „Imię ma straszne i pełne świętości, a bojaźń Boża początkiem mądrości”. Przez całe wieki myśl o tym, że należy mieć respekt przed Bogiem żywym, była dla ludzi życiową busolą i punktem odniesienia. Pozwalała podnieść się z porażek i powrócić do wiary po błąkaniu się po bezdrożach. Czasami, na krawędzi życiowej katastrofy, pozwalała uniknąć fatalnych błędów i ciężkich grzechów. Dzisiaj najczęściej komentarz do tego wersu z psalmu 111 rozpoczyna się od powiedzenia, że Boga nie należy się bać, bo jest przecież dobry. Od tego hasła, które – w zależności od tego, jak się je rozumie – może być tak samo prawdziwe, jak i kompletnie fałszywe, rozpoczyna się bagatelizowanie Boga i życie tak, jakby On wcale nie istniał. Być może jest to jedna z głównych przyczyn tego, że współczesny człowiek przestał bać się Boga, ale za to – poza Bogiem – boi się wszystkiego.
Jeszcze nigdy człowiek nie był w stanie zabezpieczyć tak wielu dziedzin swojego życia przed niespodziewanymi klęskami. Osiągnięcia medycyny pozwalają wyjść obronną ręką z wielu schorzeń, które przez stulecia zbierały śmiertelne żniwo. Dzięki ubezpieczeniom nawet wypadek czy klęska żywiołowa nie musi oznaczać życiowej ruiny. Technika ułatwia życie i czyni bezpiecznymi nawet bardzo ryzykowne budowy i przedsięwzięcia. Gdyby nasi przodkowie mogli zobaczyć te wszystkie nasze życiowe zabezpieczenia, spoglądaliby na nie zapewne jak na jakiś bajkowy, nierealny świat. Ale czy naprawdę by nam zazdrościli?
Mimo tylu zabezpieczeń nasze czasy są naznaczone epidemią lęku. Współczesny człowiek boi się dosłownie o wszystko. Boimy się o nasze zdrowie, chociaż wszelkie badania nie dają żadnego powodu do niepokoju. Ale przecież – mówimy – możemy na coś zachorować! I dlatego łykamy suplementy diety i katujemy się rygorystycznymi dietami, by w porę zapobiec najgorszemu. Boimy się o naszych bliskich, mimo, że są w bardzo dobrej kondycji. Ale przecież może się coś wydarzyć! Dlatego otaczamy ich nadopiekuńczą troską, że niemalże brakuje im powietrza do życia. Boimy się, czy nasze relacje wytrzymają próbę czasu, bo dane nam zapewnienia i obietnice stały się tak ulotne. Dlatego zadręczamy ukochane osoby, próbując upewnić się, czy aby na pewno nas nie opuszczą. Boimy się o Planetę, chociaż żyjemy w o wiele czystszym środowisku, niż to było w przeszłości. Ale – powtarzamy za mediami – wystarczy, że globalna temperatura wzrośnie o dwa stopnie lub w ziemię uderzy jakiś asteroid, a globalna katastrofa będzie nieunikniona. Skala nerwic, depresji, dysforii i zaburzeń lękowych jest ogromna, a zjawiska te przybrały rozmiary epidemii – i to wcale nie jedynie w populacji zapracowanych dorosłych, ale przede wszystkim wśród dzieci i młodzieży.
Może dlatego ludzie dzisiaj tak nerwowo reagują na słowa o bojaźni Bożej? Czyż do tych wszystkich lęków współczesności ktoś chce nam nakazać jeszcze jeden religijny lęk? Ta irytacja wynika przede wszystkim z wykrzywionego obrazu Boga, a ten jest konsekwencją braku żywej relacji z Nim. Ludzie znają Boga z…. plotek. Z zasłyszanych internetowych „mądrości”, wyjętych z kontekstu i przeinaczonych cytatów z Biblii i z życiorysów świętych, plątaniny jakichś półpogańskich przesądów i rytuałów, a przede wszystkim z własnego braku żywej wiary, tworzy się obraz Boga strasznego, który potrafi zachowywać się jak rozwścieczony satrapa, niszczący w napadzie gniewu wszystko, co tylko znajdzie się w jego zasięgu. Bunt wobec takiego Boga, albo przeciwnie – przesadna obawa przed potępieniem – są niemalże zaprogramowane.
Trzeba sobie zatem zadać to pytanie: Dlaczego psalmista – a wraz z nim inni autorzy biblijni – potrafili z takim naciskiem twierdzić, że bojaźń Boża jest początkiem mądrości? Właściwie rozumiana bojaźń Boża to po prostu uznanie prawdy o mnie samym, ale też pełnej prawdy o Bogu żywym. Nie zawdzięczam siebie sobie samemu, nie jestem także wynikiem ślepego losu. Jestem w rękach Stwórcy, który mnie kocha, bo nie stworzył mnie z kaprysu, ale po to, by mnie doprowadzić do pełni istnienia. Głęboki respekt wobec Stwórcy otwiera bramę do coraz głębszego wchodzenia sercem i umysłem w to, kim On właściwie jest. I wtedy głęboki respekt przekształca się w miłość do Niego. Świadomość Jego kochającej obecności i opieki pozwala pozbyć się wielu nieracjonalnych lęków, a także tego podstawowego, egzystencjalnego lęku o mój ostateczny los. Człowiek zaczyna rozumieć, że nie musi brać na swoje barki ciężaru nadmiernej troski o wiele rzeczy, bo i tak nie ma na nie żadnego wpływu. Zamiast gryzącej troski, może powierzyć swoje niepokoje Temu, który, jak powiada Biblia, „jest większy od naszego serca i zna wszystko” (1 J 3, 20). Może zawierzyć Mu też wszystkie życiowe porażki i grzechy, szczególnie wtedy, gdy – mimo żalu – nie jest w stanie zmienić ich fatalnych konsekwencji. Owszem Bóg nie będzie co chwila zatrzymywać dla nas praw natury, które sam stworzył, aby nie dosięgły nas ciosy losu, choroby czy katastrofy. Ale cokolwiek się wydarzy, Bóg przeprowadzi nas przez wszystkie doświadczenia ku ostatecznemu spełnieniu w Jego królestwie.
Właśnie dzięki takiej postawie liczenia się z Bogiem i liczenia na Boga w każdej życiowej sytuacji człowiek zaczyna uczyć się prawdziwej życiowej mądrości, która nie jest ani kapitulacją i obojętnością pięknoducha, nie przejmującego się niczym, ani też nieustanną walką o to, by wszystko toczyło się dokładnie tak, jak chcę i oczekuję. Bojaźń Boża to postawa zawierzenia Bogu.
Ks. Marian Machinek MSF
