Na plaży wśród tatuaży

Pobyt na plaży w upalny sierpniowy dzień wraz z kąpielą w chłodnej morskiej wodzie może niewątpliwie dostarczyć wiele przyjemności. Plaża jest w wielu kulturach (i w ich językach!) symbolem letniego wyluzowania, zwolnienia tempa i odnawiającego ciało i ducha relaksu. Dla kogoś jednak, kto lubi obserwować zachowania spotykanych ludzi, pobyt na plaży może również uświadomić głęboką zmianę w odniesieniu współczesnego człowieka do własnego ciała. I nie chodzi wcale o coraz bardziej skąpe stroje plażowe lub nawet ich całkowity brak, ale o sposób, w jaki ludzie zaczęli traktować swoją ciało, a ściślej rzecz biorąc – jego powierzchnię. Nie można oprzeć się wrażeniu, że nagie ciało stało się rodzajem żywego reklamowego bilbordu, na którym prezentowane są różnego rodzaju obrazy i przesłania w formie tatuaży. Nierzadko chodzi już nie tylko o jakieś pojedyncze motywy wytatuowane na skórze, ale o cykle obrazów i przedstawień pokrywające całe kończyny, a czasem nawet cały korpus wraz z szyją i twarzą. Tatuaż, który kiedyś był znakiem rozpoznawczym ludzi morza, symbolem przynależności do subkultur i grup chuligańskich czy też środowisk więziennych, stał się dziś szeroko rozpowszechnioną modą. Do jego popularyzacji przyczynił się niewątpliwie sposób, w jaki prezentuje swoje ciało niemal cała śmietanka towarzyska: sportowcy, artyści, celebryci. Wymyślne, niekiedy wielobarwne tatuaże stały się w tych środowiskach synonimem oryginalności i wyzwolenia z wszelkich konwenansów.

Jak ocenić tę modę z chrześcijańskiego punktu widzenia? Czy wystarczającym argumentem potwierdzającym moralną naganność tatuowania własnego ciała może być zawarty w Księdze Kapłańskiej zakaz: „Nie będziecie nacinać ciała na znak żałoby po zmarłym. Nie będziecie się tatuować” (Kpł 19, 28)? Taki osąd byłby zbyt prosty i nie może być jeszcze uznana za rozstrzygający. Kontekstem tego biblijnego zakazu była niewątpliwie konieczność odróżniania się zachowania Izraelitów od zwyczajów pogańskich, gdzie istotną rolę odgrywał także aspekt religijny. Z perspektywy chrześcijańskiej wszystkie szczegółowe przepisy Starego Testamentu dotyczące rytualnej czystości i religijnej odmienności Izraela od narodów pogańskich muszą być zawsze interpretowane w świetle Ewangelii. Chrześcijanin patrzy na Stary Testament zawsze przez pryzmat nauczania Chrystusa, co może oznaczać, że wiele rytualnych zakazów i nakazów nie ma już dla niego żadnej mocy zobowiązującej. Dość powiedzieć, że zdanie poprzedzające starotestamentalny zakaz tatuażu zawiera znacznie dziwniejsze polecenia: „Nie będziecie obcinać w kółko włosów na głowie. Nie będziesz golił włosów po bokach brody” (Kpł 19, 27). To oczywiste, że żaden współczesny chrześcijanin nie będzie czuł się tymi zakazami w jakikolwiek sposób związany.

Czy oznacza to, że tatuowanie swojego ciała może być uznane po prostu za  moralnie obojętne czy nawet dobre? Otóż nie! Co więcej – okazuje się ono być czymś co najmniej problematycznym. Moralna ocena tatuowania ciała powinna brać pod uwagę kilka istotnych aspektów. Jednym z nich jest cel, dla którego ktoś pozwala na umieszczenie na swoim ciele tatuażu. Czasami ludzie pragną „na zawsze” upamiętnić jakieś przełomowe w ich życiu wydarzenie, wyrazić i uwiecznić dozgonną miłość do kogoś czy też ogłosić światu jakieś istotne przesłanie lub zademonstrować swoje przekonania. Zdarza się, chociaż nieczęsto, że ktoś poprzez tatuaż pragnie zamaskować jakąś pooperacyjną bliznę czy nieestetycznie wyglądającą skazę, przebarwienie lub zranienie na skórze. W większości przypadków powodem do wykonania tatuażu jest jednak ciekawość, moda, chęć zmiany, pragnienie pozostawania w głównym nurcie współczesnej kultury. Tatuaż ma być sposobem wyrażenia siebie czy też pokazania swojej oryginalności. W tym sensie tatuaż zaspokaja podobne pragnienia i aspiracje, co modne ubranie, z jedną wszakże istotną różnicą. O ile ubranie można bez problemu zastąpić innym, o tyle tatuaż pozostaje. Cel tatuażu jest ściśle związany z jego treścią. To oczywiście, że przedstawienia pornograficzne, wulgarne, pełne pogardy dla innych, gloryfikujące przemoc czy też bluźniercze albo nawet satanistyczne w żaden sposób nie będą mogły być uznane za nieistotne i neutralne. Trzeba je traktować na równi z propagowaniem tego typu treści w słowie mówionym lub pisanym.

Trzeba wziąć także pod uwagę związany z trwałością tatuażu aspekt zdrowotny. I nie chodzi jedynie o zachowanie sterylności, jakość używanego pigmentu czy też profesjonalne przygotowanie osób wykonujących tatuaże. Umieszczenie na ciele tatuażu wiąże się z wprowadzeniem pod skórę substancji chemicznych, które nie pozostają obojętne dla ludzkiego organizmu. Pigment zostaje wprowadzony głęboko w skórę i część jego cząsteczek może z czasem przemieszczać się m.in. do węzłów chłonnych. Konsekwencje wieloletniego nagromadzenia pigmentów w organizmie nie zostały jeszcze do końca zbadane. I wreszcie warto wspomnieć jeszcze jeden aspekt, który nie ma wprost znaczenia moralnego: chodzi o estetykę. Paradoksem jest to, że tatuaż uchodzi za formę „upiększenia” ciała, jednak kiedy jego trwałość zestawi się z następującymi wraz z wiekiem zmianami, jakimi podlega kształt ciała i kondycja skóry każdego człowieka, to może się okazać, że nawet artystycznie udane tatuaże zamieniają się z upływem czasu w galerię karykatur.

Warto więc krytycznie zapytać, czy czasami najgłębszym powodem tak gwałtownego wzrostu popularności tatuowania swojego ciała nie jest zagubienie i dezorientacja wielu współczesnych ludzi oraz dokuczliwa utrata poczucia własnej wartości, która jest ukrywana pod kolorowymi, czasami szokującymi przedstawieniami na skórze? Czy nie są one czymś w rodzaju krzyku kogoś samotnego w anonimowym tłumie, który pragnie zostać dostrzeżony i doceniony?  A jeżeli tak, to czy osoba wierząca w Chrystusa, od Niego czerpiąca poczucie bezpieczeństwa i pewność bycia kochaną oraz duchową stabilność i energię powinna ulegać tak problematycznej modzie, dla której ciało jest jedynie podatną na dowolne manipulacje rzeczą?

Ks. Marian Machinek MSF